Artykuł ukazał się drukiem w:
"NASZE SŁOWO" Tygodnik Ukraiński - ??/95

Alternatywa ‘95

    W weekend 15-17 września br., przez ongiś niepokorny, a obecnie jak najbardziej stateczny, żeby nie powiedzieć "mieszczański" Lwów przetoczył się z hukiem decybeli II Ogólnoukraiński Festiwal Muzyki Niezależnej "Alternatywa".

     Jeżeli mamy do czynienia z autentyczną, wolną od koniunkturalizmu, swobodną ekspresją twórczą; jeżeli jej autorzy wspólnymi siłami zagospodarowywują pewien obszar przestrzeni, a nie mieści się on w standardowo wytyczonych granicach dominującego modelu kultury; jeżeli  ponadto godnie zajmuje  miejsce na jego obrzeżach, nie  respektując praw nim kierujących; jeżeli wreszcie ekspresja ta wykracza za ramy jednorazowej demonstracji i tożsama jest z postawą nonkonformistyczną - wtedy możemy  mówić o "kulturze alternatywnej". Termin ten na stałe wszedł do użytku dla określania kulturotwórczych zjawisk wynikających na obrzeżach dominującego modelu kultury.

     Za punkt wyjścia dający początek funkcjonowaniu owego terminu  przyjmuje się  falę młodej, niepokornej i agresywnej subkultury punk, która żywiołowo wdzierając się w oficjalny obieg kultury  w połowie lat 70. zmieniła oblicze całej muzyki rockowej. Siłą napędową zjawiska był bunt przeciwko obłudzie i zakłamaniu niepodzielnie panującemu w sferach przemysłu muzycznego. Bunt miał podłoże pokoleniowe i wymierzony był nie tylko w "grube ryby"  manipulujące rynkiem muzyki młodzieżowej dla pomnażania swoich majątków, ale przede wszystkim w wykreowanych przez nich młodzieżowych idoli - niegdyś radykalnych demaskatorów rzeczywistości, proroków młodego pokolenia, piewców miłości i swobody, którzy omamieni milionowymi kontraktami stali się bezwolnymi marionetkami w rękach speców od kultury masowej, coraz dalej odchodząc od głoszonych wcześniej ideałów. Punk wyrastał z naiwnej wiary w możliwość zmian skostniałych sfer życia publicznego, możliwość bezkrwawej, pokoleniowej rewolucji. Cóż, rewolucja rzeczywiście była bezkrwawa, ale jak to z rewolucjami bywa - rychło zaczęła konsumować swój własny ogon. Owe skostniałe struktury przemysłu muzycznego bez trudu wchłonęły i wykorzystały nową energię, znacznie odświeżając swoją ofertę, a tym samym zapewniając sobie efektywniejsze ekonomicznie istnienie.

     I taki byłby w zasadzie koniec, gdyby nie fakt, iż dał on początek zupełnie nowej historii. Nawet przerób tak olbrzymiej machiny jak showbiznes ma bowiem swoje granice. Za burtą pozostał olbrzymi obszar kultury, której twórcy  nie mieli zamiaru zdradzać w imię polepszenia bytu swoich ideałów. Powstawały nowe, coraz bardziej radykalne i  bezkompromisowe zespoły, pojawiały się małe, niezależne od gigantów firmy fonograficzne, tworzone dla obsługi tychże zespołów, ukazywało się coraz więcej fanzinów  - samodzielnie wydawanych gazetek odnoszących się do przemilczanych przez media sfer kultury.

     Tak to, paradoksalnie, prowadzona pod hasłami  destrukcji punkowa rewolta dała początek serii konstruktywistycznych działań, którym nadano miano "kultury alternatywnej".  Z czasem zjawisko zaczęło rozrastać się o sieć własnej dystrybucji, klubów, ba - restauracji i kawiarni, sklepów i księgarni etc., oraz nabierać charakteru społecznej wspólnoty o  zdecydowanie antyrasistowskiej i antyfaszystowskiej, anarchistycznej i proekologicznej orientacji, czego spektakularnym przejawem są dzisiaj brawurowe i skuteczne akcje jednej z bardziej znanych formacji alternatywnych -  "Greenpeace".
     W zależności od miejsca i warunków rozwoju kultura alternatywna ma swoje osobliwości, różne barwy i odcienie. Nie trzeba chyba dodawać, iż w Ukrainie, która dopiero od kilku lat posiada komfort urządzania własnej kultury, wygląda to inaczej niż w utrwalonych i stabilnych kulturach zachodnich. Tym niemniej ona jest - co dowiódł opisany poniżej festiwal - i jest to nadzwyczaj ciekawe, wykraczające poza obiegowe formuły i szablony zjawisko; w warunkach odbudowywania zniszczonej kultury narodowej daleko bardziej z nią związane niż w innych krajach. A że  Lwów  w najtrudniejszych czasach grzesząc niepokorą był swoistym Piemontem, swoją energią stanowiąc alternatywę dla rozpasanej rzeczywistości, przeto zupełnie naturalnym jest fakt, iż tu właśnie pojawił się zespół młodych ludzi, który - po raz drugi już - zadbał o godne zaprezentowanie  kultury jak najbardziej niezależnej korzystając z formuły festiwalu.

     Ponieważ z natury rzeczy festiwale służą przede wszystkim prezentacji muzyki, po przydługim nieco teoretycznym wprowadzeniu przejdźmy już do samej materii - tj. muzyki.

     Formuła festiwalu obejmowała prezentację zespołów wybranych drogą konkursowego odsłuchu nadesłanych nagrań demonstracyjnych oraz zespołów zaproszonych, którym z racji bądź to powszechnego uznania, bądź też wyjątkowo oryginalnej propozycji artystycznej  stawać w szranki konkursu nie wypadało. Swoistym uzupełnieniem święta miały  się stać - i stały się - koncerty gości zagranicznych.  Ale o tym za chwilę.

    Najważniejszą była bowiem prezentacja zespołów, które dotąd nie miały możliwości zaistnienia wobec  szerszego audytorium. Z ponad 140 nadesłanych kaset wybrano 16 grup, które stanowić mogły najszerszą i wielowymiarową reprezentację kondycji ukraińskiej sceny alternatywnej. Ponieważ niżej podpisany został zaproszony do udziału w - jak to określił jeden z dziennikarzy - odstrzale zespołów - przeto nie wypada napisać mu nic innego, jak to, że wybór był jak najbardziej celny. Weryfikacja "na żywca" wypadła równie, a w niektórych wypadkach korzystniej niż odsłuch kleconego często w warunkach domowych nagrania. Praktycznie nie było zespołu, którego poziom wykonawczy dyskredytowałby mozolną pracę szacownego jury. Być może jednak  wypadałoby napisać, że poziom był "zbyt równy" -  przynajmniej  jeśli  chodzi o formę. Większośc bowiem zespołów generowała swoją energię w konwencji postpunkowego gitarowego "rejwachu". Było to pewnym novum w stosunku do roku ubiegłego, kiedy to bardziej wabiły muzyków  mniej deformowane techniką obszary i krzesane z rzeźbiarską niemal wirtuozerią dźwięki. Być może zmiana ta jest symptomem mniej życzliwszych socjalnie czasów i  stanowi naturalną emisję pokładów frustracji, a być może, po prostu,  efektem postępującego europeizowania Ukrainy, jako że rzeczone gitarowe "zgrzyty"  na niezależnych scenach europejskich dominują. Spośród "zgrzytliwych" kapel w kontekst europejski przebojowo wpisać się mogą takie grupy jak iwano-frankowskie (notabene I.-Frankowsk wyrasta na prężny ośrodek muzyczny) MORRA oraz  NINA TA FAKTYCZNO SAMI, APELSYNOWE NEPODOBSTWO z Kremenczuga czy RELIKTOWI WANTAŻIWKY z Zaporoża. To tylko kilka  z całej masy interesujących zespołów, ale też dodać trzeba, iż neurasteniczny feeling rzeczonych szczególnie plasował się w krwioobieg niżej podpisanego.

     Jednak w żywiole elektrogitarowego hałasu najjaskrawiej zajaśniał zespół WERBA CHLOS z Kijowa proponując opartą na zestawie instrumentów akustycznych i żeńskich wokalach prawdziwą ucztę duchową dla miłośników muzyki współczesnej. Propozycja ta nie miała sobie równych jako najbardziej radykalna w formie i zdecydowanie wybijająca się - nie ilością decybeli, ale wyjątkową wrażliwością -  ponad gitarowe kaskady dźwięków.

     WERBA CHLOS, skazana na kameralne warunki odbioru, przepadła niestety w otchłaniach hali sportowej, w której odbywała się impreza. Cóż... Niemożliwość, co potwierdzają znawcy tematu,  dobrego nagłośnienia lwowskiej hali "Spartaka" miewa też swoje zalety - uniemożliwia słyszenie tekstów ginących w odmętach kilkakrotnie odbijanych od ścian fal dźwiękowych. Dzięki temu słuchacz ma komfort nieuczestniczenia w niemiłosiernym kaleczeniu rosyjskiej i angielskiej mowy, które odbywa się na scenie organami  zrusyfikowanych, bądź też marzących o międzynarodowej karierze Ukraińców. Nie trzeba dodawać, że język ojczysty można odbierać innymi niż aparat słuchowy organami, więc złe nagłośnienie nie stanowi bynajmniej jakiejś nadzwyczajnej bariery. Sam zaś problem z anglojęzycznymi grupami, to efekt mitu, który niebawem  upadnie - język ten bowiem skuteczniej jest w stanie przystopować namiastkę nawet jakiejkolwiek kariery, niż języki narodowe z tak przecież egzotycznych nadto rejonów jak Europa Wschodnia. Zwłaszcza na scenie alternatywnej.

     Choć jeśli chodzi o aspekt języka przeczulony na tym punkcie konsument festiwalu mógł się poczuć w pełni usatysfakcjonowany, bowiem ukraiński zdecydowanie zaczyna dominować w tej, do niedawna mocno zrusyfikowanej sferze kultury. Procentuje zasada pryncypialnego ukrainizowania kultury rockowej stosowana przez festiwal CZERWONA RUTA, za co - i tylko za to - jestem temu festiwalowi wdzięczny. Bardziej fasadowe niźli szczere "samoukrainizowanie się" zespołów ma i tak kolosalne znaczenie  na kulturalnym postkomunistycznym ugorze. Mimo, iż częściej  grupie przyświeca idea laurów za wszelką cenę, a tym samym wyrwania się w "wielki świat" (dodajmy złośliwie: diaspory), to i tak dla kultury ukraińskiej te próby ożywienia martwych poniekąd obszarów i twórczego zagospodarowania dziewiczych rewirów są bezcenne. Niekiedy, jak widać, światłe środki uświęcane bywają przez najułomniejszy cel. Lwowski festiwal jest również alternatywą dla zinstytucjonalizowanej CZERWONEJ RUTY. Tutaj nie ma koniunkturalizmu,  bo nie ma żadnych nagród - wybór języka nie jest więc  obwarowanym  zasadą kija i marchewki  przymusem. Tym większa przyjemność,  gdy pojawiają się zespoły ze wschodniej i południowej Ukrainy śpiewające po ukraińsku. Jedną z takich miłych niespodzianek sprawił zespół ROKOWI JAJCIA - z Doniecczyzny, proszę szanownego państwa! - kontynuujący chlubne tradycje wesołkowatego rock"n"rollowego żywiołu wytyczonego na Ukrainie przez klasyków z VeVe. Nawet jeśli w przeciwieństwie do klasyków zespół nie szuka inspiracji w folklorze.

     A jeżeli już chodzi o inspiracje czerpane z muzyki źrółowej, to z przyjemnością należy odnotować pojawienie się kijowskiej grupy AKTUS. Był to jedyny bodajże zespół, który bez kompleksów sięga i czerpie pełnymi garściami z folkloru, i to nie tylko ukraińskiego, ale -  z racji pochodzenia - również żydowskiego. Robi to z klasą i wyjątkowym wyczuciem nasycając żywymi wątkami etnicznymi witalne formy muzyki ska, reggae czy po prostu dynamicznego rocka. Zaś w całym tym gustownym miksie naturalnie współegzystują obok siebie ukraiński i...  jidysz. Na tle zespołów stroniących raczej od korzeni, była to dużego kalibru niespodzianka.

     Fakt rzadkiego odwoływania się do źródeł wynikać może z nieznajomości kultury ludowej, mylnie i nagminnie utożsamianej  ze stylizowanymi ersatzami preparowanymi na potrzeby propagandowe, którymi faszerowano - i nadal się faszeruje -   obywateli bez ksztyny odpowiedzialności, o dobrym smaku  nie wspominając... A  może jest to po prostu syndrom nieumiejętności uporania się  z tak delikatną, zróżnicowaną i niełatwą materią sztuki ludowej. Tym większe więc laury dla AKTUSa i tym większy szacunek dla Brytyjczyków z THE UKRAINIANS, których gościnny występ był godnym uwieńczeniem Alternatywy. Bo siła UKRAINIANS to prostota rock"n"rolla i prostota folkloru; to jedna i ta sama energia. Dystans do Ukrainy, a może i geny urodzonych w ojczyźnie rock"n"rolla muzyków sprawiają, że udaje im się tworzyć najlepszy z możliwych miksów folku i rock"n"rolla. I chyba tylko kompleksami zazdrosnych lub nie do końca rozumiejących o co chodzi Ukraińców z Ukrainy  można tłumaczyć krytyczną postawę  niektórych środowisk muzycznych  i dziennikarskich wobec UKRAINIANS, a za totalny absurd uznać bełkot  o  "niedoskonałej mowie" - teksty pisze bowiem i śpiewa rodowity Irlandczyk. Publiczności jednak te kompleksy nie dotyczą, gdyż przetrwała kilkugodzinny ogłuszający maraton, by zgotować zespołowi gorące przyjęcie.

     UKRAINIANS było najświetniejszą "gwiazdą" imprezy, a cudzysłów użyty został świadomie dla podkreślenia dystansu, z jakim twórcy niezależnej kultury traktują określniki i tytuły dominujące w oficjalnym obiegu. Gościom z zagranicy obce  były  postawy gwiazdorskie; wyraźnie preferowali swobodny  kontakt z publicznością i swobodną wymianę energii bez higienicznych "zon bezpieczeństwa", sfory goryli i tym podobnych atrybutów sławy. Zarówno UKRAINIANS, jak i DESTROY AFTER USE  z Niemiec czy POST REGIMENT z Polski zagrali we Lwowie za zwrot kosztów podróży. Chęć wystąpienia była tak ogromna, że o żadnym honorarium nie było nawet mowy, a basista UKRAINIANS, któremu obowiązki nie pozwoliły przybyć wraz  z zespołem, przejechał niemal pół Europy z Koeln docierając do Lwowa na godzinę przed występem swojego zespołu, by zaraz po nim wsiąść w autobus i... natychmiast odjechać z powrotem.

     Swoją klasą goście znacząco uszlachetnili festiwal. Niemcy zaprezentowali widowiskowe show  z drastycznie dekadencką, typowo zachodnią  muzyką z silnym wątkiem industrialnym, zaś POST REGIMENT  zaproponował porcję dynamicznego i zaangażowanego hard-core/punka, który to nurt na festiwalu był praktycznie nieobecny, a autentyczna i żywiołowa ekspresja wokalistki wyzwoliła  pod sceną  dzikie harce wniebowziętej punkowej publiczności.

     Z gości rodzimych trzeba zatrzymać się nieco nad występem lwowskich grup  PŁACZ JEREMIJI i MERTWYJ PIWEŃ. Zespoły to dalece nie alternatywne w potocznym rozumieniu, dysponujące natomiast ogromnym potencjałem, który w normalnych warunkach już dawno plasowałby je w czołówce ambitnego i popularnego rocka. Właśnie, w normalnych warunkach... Tymczasem brak na Ukrainie infrastruktury niezbędnej dla funkcjonowania rynku muzycznego, a więc firm fonograficznych, sklepów muzycznych, fachowej prasy, menagementu z prawdziwego zdarzenia itd. itp., skazuje te zespoły na "bycie" w scenie niezależnej. A do tego trzeba wspomnieć o całkowitej niemal indolencji mediów, żeby nie rzec wprost - kulturowej dywersji... Bo jak inaczej, jak nie dywersją nazwać powszechną obecność w mediach moskiewskiej estrady, która to estrada "szczycić" się może chyba że zupełnym brakiem odpowiednika w kontekście kultury światowej. Próba oceny poziomu artystycznego tego zjawiska niechybnie prowadzi do zakwestionowania zarówno terminu "poziom", jak, tym bardziej - "artystyczny". Jego obecność, a także masowa popularność  jest tak silna,  że w samym Lwowie trudno znaleźć miejsce, gdzie by to-to nie raniło uszu i serc estetom. Nieliczne kramy z kasetami zasypane są wręcz tego typu konfekcją. Dodajmy, konfekcją w wyjątkowo siermiężnym guście.

     Tak oto ostatnie tchnienia zdychającego imperium nadal zanieczyszczają  powietrze Ukrainy.  Gwiazdy tegoż nurtu ściągają zresztą  na swoje ukraińskie koncerty tłumy niebylejakie, a biedny jakoby naród jest w stanie wysupłać na takie święto wielokrotność średniej miesięcznej pensji!  Lwów jak Lwów, ale znajomy Rosjanin z Charkowa nie bez irytacji informował o nawale - inaczej tego nie umiał nazwać - Moskwy na wschodnią Ukrainę, kiedy to w ciągu jednego miesiąca niemal dzień w dzień nawiedzał to miasto kolejny "wybitny" przedstawiciel moskiewskiej estrady.

     Jak dotąd Ukraina nie zdołała  wyrobić mechanizmu obrony własnej przestrzeni kulturowej przed obcym i do tego wątpliwym artystycznie wpływem. Tym samym oryginalny ukraiński pop, nie mówiąc już o ambitniejszej odmianie komercyjnego rocka skazany jest na bycie w cieniu wszechogarniającej "żenady", przy której zjawisko polskiego "disco polo" mogłoby spokojnie aspirować do tytułu awangardy.

     Dopóki ten nielogiczny stan będzie trwać, dopóty "Alternatywa" przygarniać powinna takie zespoły jak PŁACZ czy PIWEŃ. W tym wypadku festiwal jest alternatywą dla wszechdominującego wypaczonego smaku.

     Trzeba dużo samozaparcia, by w takich warunkach  rozwijać się, a nie gnuśnieć we własnym sosie. Tylko jak długo?  A Lwów akurat wydaje się być doskonałą bazą właśnie dla takiego sobie, nie nadto skomplikowanego, ale bezprzecznie interesującego i oryginalnego rocka. Prócz lwowskich gości potwierdziły to konkursowe kapele: RUDOLF DYZEL, OKEAN ELZY czy ASTRALNYJ PLAN. Dostrzeżenia tego potencjału i możliwych jego następstw socjologicznych nie należy chyba oczekiwać od tępych urzędników kultury z zakodowanym kompleksem raba.

     No cóż - trudno mówić o szukaniu alternatyw bez podania podstawowego konktekstu. Całe to utyskiwanie na brak infrastruktury  nie dotyczy z pewnością czernihowskiej formacji FOA HOKA. Proponowana przez nią muzyka jest  tak dalece jest niekomercyjną, iż  nie ma szans osiągnięcia szerszej od skromnego grona wyrobionych i wtajemniczonych smakoszy popularności. Jest to jednak muzyka ze wszech miar doskonała i FOA HOKA dystansuje w Ukrainie wszelką konkurencję. Czyni to wyjątkowa osobowość i charyzma  wokalisty i autora  zbuntowanych tekstów - Dmytra Kurowskiego i, pozostająca nieco w jego cieniu,  osobowość i wrażliwość  gitarzysty Wladysława Dichtjarenka. Występ tego zespołu, jego przytłaczająca, psychedeliczno-industrialna, także z wątkami etnicznymi muzyka wręcz wbijała w ziemię.  To FOA HOKA właśnie szczyci się namiastką sukcesu, za jaki można uznać  udaną ubiegłoroczną trasę po klubach Polski i Niemiec, uwieńczoną nagraniem videoklipa przez ekipę polskiego programu telewizyjnego "Alternativi", który to klip  z powodzeniem emituje telewizja polska. Nie trzeba - jak się okazuje -  zmagać się z angielskim, by zostać zrozumianym i uznanym przez międzynarodową publiczność. Spokojnie wystarcza ukraiński; zwłaszcza, gdy oferowana muzyka ma wszelkie walory autentyczności i świeżości. Dedykując tę frazę żądnym kariery ukraińskim zespołom anglojęzycznym pozwolę sobie podkreślić, iż  występ FOA HOKi na "Alternatywie" uważam za jedno  z najważniejszych wydarzeń  festiwalu, mimo że również dla tego, nieakustycznego przecież, ale wymagającego bliskiego kontaktu ze słuchaczem zespołu,  monumentalizm sportowej hali okazał się zabójczym.

     Można by  mnożyć inne, pomniejsze atuty  festiwalu, ale czas się chyba zająć  brakami. W porównaniu do ubiegłorocznego zabrakło na festiwalu wydarzenia,  które by mu nadało nieco pozamuzycznego charakteru - wszak kultura alternatywna to nie tylko muzyka. W roku minionym wydarzeniem takim był performance poety z literackiej formacji Bu-Ba-Bu,  Wiktora Neboraka, który zebrawszy ekipę z lwowskich muzyków, rozmalowawszy ich przy pomocy artystów w rytualne malunki,  uświetnił był imprezę swoimi tekstami wykonywanymi pod akompaniament  bynajmniej nie terapeutycznej muzyki. Tenże multimedialny pokaz  nie miał godnego odpowiednika w roku niniejszym. Zafundowano za to publiczności wątpliwej jakości "alternatywę" -  kiedy to pod generowane z taśmy dźwięki zespołu NIRVANA wytoczył się na scenę skąpo odziany duet żeński, któren odtańczył był choreograficzny układ nowocześnie bardzo. Za pretekst dla występu na imprezie, bądź co bądź, alternatywnej, wystarczył hołd złożony Kurtowi Cobainowi - nieżyjącemu wokaliście płynącej z głośników NIRVANY. Nadało to przyzwoitej imprezie posmaku odeszłych  (miałem taką nadzieję) w niepamięć późnopierestrojkowych show, kiedy to za pomocą nadaktywnych pląsów kuso odzianych panienek  usiłowano dokazać światu postępowość schyłkowego komunizmu. Na głowy Bogu ducha winnych tancerek posypały się Bogu ducha winne butelki (plastikowe!), zaś niejeden rasowy alternatywista posłał by na głowy organizatorów gromy za propagowanie seksizmu. Zamiast tego chybionego pomysłu przydałoby się zagospodarować przepastne przestrzenie sportowego kompleksu kilkoma instalacjami lub jakimś nietuzinkowym happeningiem, co by bardziej na kształtowanie wrażliwości widza czy słuchacza rzutowało niźli wspomniany taniec; nie mówiąc już o ideologicznie słusznym celu wyprowadzenia sztuki z głuchych atelier do ludu. We Lwowie artystów bowiem pod dostatkiem, więc znalezienie chętnych dla upublicznienia swej ekspresji nie powinno nastręczać trudności. To jedyny, ale też bardzo poważny zarzut pod adresem artystycznego profilu festiwalu i dobrze by było nie dać mu szansy powtórzenia się w roku przyszłym. Zawężanie pojęcia "alternatywa wyłącznie do obszaru muzyki, nie daje bowiem zbyt szerokiej perspektywy.

     Jeśli chodzi o stronę organizacyjną, to osobiste doświadczenia każą mi stwierdzić, iż  wszystko funkcjonowało nienagannie, niczym w szwajcarskim, a nie sowieckim,  zegarku. Może z wyjątkiem czasu rozpoczęcia koncertów. Ale kto by tam w kontekście 9-godzinnych koncertów podnosił z tego głupiego powodu raban?!  Zwłaszcza, że zadbano nawet o przedłużone kursowanie  niektórych linii komunikacyjnych dla kochającej muzykę publilczności,  nie mówiąc już o bezpłatnych przejazdach dla uczestników festiwalu. W ogóle wszystko zdawało się sprawniejsze i płynniejsze niż przed rokiem i można się nawet pokusić o stwierdzenie odradzania  się galickiej solidności.

     Czas na podsumowania.

     Lwowski festiwal silnie wpisuje się w kontekst innych wydarzeń kulturalnych Ukrainy, nie mając równych w swojej -  alternatywnej -  kategorii. Uniwersalność kultury alternatywnej, położenie Lwowa i bezdyskusyjna atrakcyjność artystyczna festiwalu mogą sprawić, iż zainteresowanie nim może wyjść daleko poza granice Ukrainy, a  Lwów ma wszelkie szanse, by stać się czymś w rodzaju swoistej mekki, do której ciągnąć będą alternatywiści z całej Europy -  tak jak się to stało z Pragą. Otwartość tego miasta może temu sprzyjać. A coś takiego, to niewyczerpalny generator energii: zaczyn twórczy inspirujący coraz to nowe działania kulturalne, z przymiotnikami i bez. Czyż nie jest to dla Lwowa alternatywa?

     Tyle, jeśli chodzi o czynnik zewnętrzny. Jest jeszcze, a raczej klaruje się właśnie, jak sądzę, czynnik  wewnętrzny - ogólnoukraiński. Nie mniej, a może nawet bardziej znaczący. W przeciwieństwie do roku ubiegłego, uczestnicząca w  festiwalu młodzież - cała ta kudłata, pstrokato odziana, okolczykowana hałastra - przemówiła po ukraińsku... Hotel, garderoby, bary, wszystkie miejsca, gdzie tylko przebywali uczestnicy dźwięczały ukraińskim! No, może, powiedzmy, ten język dominował. Ale i tak to już coś więcej  niż festiwal muzyki rockowej - to prawdziwa alternatywa dla spacyfikowanej i zrusyfikowanej kultury całej Ukrainy.

Włodzimierz Nakoneczny


~~~~~~~~~~Koka Records~~~~~~~~~~koka1@box43.gnet.pl~~~~~~~~~~

. . . .


4.03.99:::::Terra Soundtralis Incognita::::::terra@terra.pl::::::odsłuch::::