Raport z Ukrainy



Poniższy tekst artykuł szefa Koki zamieszczony w numerze 7 i 8 zina Korek


      O muzyce ukraińskiej mało kto wie, a powody by o niej wiedzieć są. Pisanie o muzyce jest bzdurą - muzyki należy słuchać. No, ale jeśli nie ma innej możliwości, to się należy poświęcić. Zwłaszcza jeśli się ma do czynienia z muzyką odkrywczą, i to w sensie wytyczania dróg w muzyce ukraińskiej, jak i w sensie swego rodzaju universum, mogącego nowymi klimatami, ale niekoniecznie, odświeżyć muzykę w ogóle.

      Poniższy wybór nazw i nazwisk jest wedle mego nieskromnego poglądu najbardziej reprezentatywny dla sceny ukraińskiej. Termin "Scena" nie jest zbyt szczęśliwy, bowiem żadna scena tam nie istnieje. Przytoczone nazwy kapel zachodnich należy traktować wyłącznie jako pewne drogowskazy. Analogie bywają dość odległe, i nie ma mowy o jakimkolwiek naśladownictwie. Na początek zasię krotki rysik wprowadzający.

      Po trzystuletniej dominacji kultury rosyjskiej ("kultura" w tym wypadku nie zawsze jest określeniem odpowiednim), Ukraina odziedziczyła język rosyjski, który dominuje w miastach wschodniej Ukrainy, choć ukraiński wykazuje tendencje odrodzeniowe. Wszelkie działania twórcze odzwierciedlają powszechne tendencje. Mnie interesuje nurt twórczości ukraińskojęzycznej (jako żem Ukrainiec), a także instrumentalnej, tj. neutralnej, że tak powiem. Z pobudek owszem, patriotycznych, ale zełgam jeśli nie przyznam, że nie tylko. Otóż istnieje zasadnicza różnica w melodyce i rytmice obydwu języków, narzucająca odmienne rozwiązania kompozycyjne. Język Ukraiński - dłużej od rosyjskiego wyłączony z muzyki popularnej, a w imperium zredukowany właściwie do obszaru folkloru - wprowadza do muzyki rockowej nową melodykę, co owocuje naprawdę ciekawymi zjawiskami. Kapele rosyjskie, o ile nie wznoszą się ponad schemat (jak to uczynił np. Kołezki Asesor) nie proponują nic godnego odnotowania, gdyż lepiej robią to w Rosji.

      Gwoli sprawiedliwości - jedyną rosyjskojęzyczną kapelą, którą polecić się godzi, jest charkowska Kazma-Kazma. Zespół to niezwykły, niezwykłą muzykę proponujący. Zmodyfikowany zestaw rockowy - z gitarą elektryczną, klawiszami co robią za bas i zredukowaną do blachy oraz werbla perkusją - uzupełnia nader oryginalna sekcja dęciaków z fagotem, waltornią, puzonem i fletem, a muzykus to drapieżny rock inspirowany zgoła nie drapieżną muzyką dawną. Sam lider bowiem jest po uszy zakochany w średniowiecznej muzyce francuskiej; a jego kompani nie mniej. Efekt - piorunujący. Kazma Kazma to ewenement wśród kapel rosyjskich. Reszta zazwyczaj ogranicza się do ponownego odkrywania obszarów już odkrytych, choć ten i ów robi to sensownie, że wymienię charkowskie Czerepachy i kijowską Rabbota Cho. I tym pozwolę sobie, nie bez pewnej przyjemności, wątek rosyjski wyczerpać.

      Jeśli chodzi o wspomniany wyżej Kołezki Asesor - jest on sztandarową kapelą kijowskiego undergroundu. W byłym imperium osiągnął najwyższe notowania z kapel ukraińskich. Kołezski Asesor trudno nazwać rosyjskojęzycznym -jego teksty były na tyle wzbogacone specyfiką kijowskich slangów, że stanowiły raczej swoistą nowomowę. Mimo tego, że tekstami Kołezski Asesor narzucił poziom nieosiągalny dla reszty konkurentów, słusznie wpędzając ich w kompleksy, głównym źródłem jego popularności była muzyka. Jednoznacznie ją sklasyfikować nie sposób, gdyż Kołezski Asesor, działając gdzieś od 1983r., nagrał około 7 programów. Uogólniając - połowę materiału stanowiły eksperymenty; zazwyczaj krótkie formy minimalistyczne, poprzetykane stricte rockowymi wtrętami, montowane na zasadzie collage'u, z dbałością o jednolitość programu. Druga połowa to rockowe oblicze kapeli - melodyjne piosenki o dziwnej, połamanej strukturze, z częstymi zmianami tempa i eksponowanym rzeźbiarstwem gitarowym na tle stąpającej jak po sznurku sekcji rytmicznej. Szczególnym atutem był głos wokalisty traktowany jako piąty, programowo rozstrojony instrument . Oba oblicza Kołezskiego Asesora to kamień milowy w rozwoju sceny ukraińskiej: muzyka nasycona niezwykłym poczuciem humoru, niełatwa w odbiorze, wręcz antykomercyjna. W 1990r. Kołezski Asesor rozpadł się. Powodem były rozbieżności co do przyszłości. Połowa chciała być komercyjna, druga, z liderem - legendą Wasią Hojdenko - nie. Po rozpadzie, pierwsi zgodnie i skutecznie zajęli się dyskredytacją spuścizny, Hojdenko zaś oddał się poszukiwaniom duchowym, wyłączając się z życia (nie tylko muzycznego) na parę lat. Niedawno powrócił reaktywując wraz z wiernym perkusistą Kołezski Asesor. Muzyka nie straciła nic na atrakcyjności. Znaczącej zmiany zaznały teksty - obecnie jest to uroczy bełkot, do którego Hojdenko uparcie zmierzał interpretując swoje teksty (już trzy lata wcześniej ubolewał nad deprecjacją słowa w życiu publicznym).

      Co do muzyki ukraińskojęzycznej, to jej genealogia jest nieco pogmatwana. W latach 70 istniały na Ukrainie grupy, określane obecnie jako rockowe, grające standardy z kanonu oraz próbki własnej twórczości. Z zamętem kontrkulturowym miały niewiele wspólnego, a koncertowanie im uniemożliwiano. Były to początki, ale bliższe zjawisku rodzimego bigbitu niż późniejszej fali rocka na Ukrainie.

      Dość powiedzieć, że pierwsza rasowa kapela powstała w Elblągu, to jest mianowicie w PRL - AD 1984. I to kapela ze wszechmiar rockowa, a ponadto punkowa, czym wyprzedziła ziomków znad Dniepru dość znacznie. A imię jej OSEŁEDEC. Wbrew mesjanistycznym kalkulacjom rodzimych speców Osełedec nie spowodował przewrotu na Ukrainie, a jedynie poturbował rodzime, konserwatywne getto. Przechodząc kolejne stadia ewolucji ku nowofalowej pop-music (gatunkowi wielce onczas popularnemu nad Wisłą), formacja padła ofiarą fali emigracyjnej, która wymiotła z Polski pokaźne pogłowie Ukraińców, w tym lidera, gitarzystę oraz basistę Osełedca. Wokalistka Ola Nakonieczna, po krótkim incydencie artystycznym w warszawskiej grupie KSIĘŻYC, zerwała ze sztuką na rzecz tematów bardziej przyziemnych. W spadku po Osełedcu ostało się kilka dokumentów ciągle świeżego, choć koszmarnie granego, materiału z różnych imprez, gdzie muzycy, bardziej niż nad instrumentami, skupiali się na przełamaniu dławiącej ich presji. Zamiast na wschód, Osełedec oddziałał na zachód, gdzie jego chlubna działalność zaktywizowała kanadolskich Ukraińców związanych z Awangardowym Ukraińskim Teatrem, do śmielszego i bardziej rock'n'rollowego pogrywania - VAPNIAKY PID HOLYM NEBOM.

      Kiedy Osełedec brylował w ukraińskim getcie w Polsce, na Ukrainie popełniano jedynie nieliczne piosenki po ukraińsku. Pierwszą grupą, która naruszyła proporcje, a następnie solidnie namieszała w muzycznym półświatku była VE-VE. Od 87r. kapela ta poczęła sukcesywnie rozszerzać ukraiński repertuar, wzbogacając swój oryginalny punk'n'roll o swojskie, weselne brzmienia, za sprawą brawurowych partii harmoszki. Ukraińskie, z założenia głupawe teksty plus takowy image, wykpić miały podmiejskie menelstwo i żulię. Miały jednak o wiele większy wymiar społeczny, gdyż paradoksalnie zaczęty rozbudzać w młodzieży narodową tożsamość. Dało to początek fali ukraińskojęzycznych zespołów. Aktualnie dzięki związkom z francuską kapela Les VRP, Ve-Ve często gości na zachodzie, a muzyczny światek pęka z zazdrości.

      Odpowiednikiem Ve-Ve na zachodzie, tj. we Lwowie, stała się kapela Braty Hadiukiny. Hadiukiny zabiły publikę pierwszym programem, dzięki pełnym idiotycznego humoru i politycznych aluzji tekstom, śpiewanym niepowtarzalnym Lwowskim slangiem. Muzycznie stanowili sumę r'n'r, rhytm'n'bluesa, reggae, a także zwykłej kotletówy. Kaszaniasty, popowy sound osiągnięty w studiu dzięki hojnemu producentowi nie przyćmił ich całego haju i odjazdu, dzięki czemu zdołali podbić jednostki tkwiące w daleko innych klimatach w Polsce (moi znajomi), a także kręgi berlińskich squattersów (znajomi znajomych). Nade wszystko przyczyniło im to szerokich rzesz wielbicieli o niezbyt lotnych gustach w samej Ukrainie, a zarazem bojkot Hadiukinów przez rockową brać. Następny program, nagrany w 90r. pt. "Chłopcy z Banderostanu", po półtorarocznym procesie produkcji, ukazał się na pierwszej na Ukrainie winylowej płycie z muzyką rockową, dzięki czemu przejdzie do historii. Sam materiał, choć zdecydowanie lepszy technicznie, z żywą sekcją dętą i wyrazistszym rock'n'rollowym rdzeniem a'la Rolting Stones, był powieleniem starych pomysłów, a polityczne w większości teksty, po półtorarocznym poślizgu, zmarły śmiercią naturalną. Obecnie część BH, wierna hasłu "Sex, Drugs, Rock'N'Roll", dogorywa niestety z nadmiaru tych drugich. Cześć abstynencka pogrywa w różnych Iwowskich formacjach, czekając na sukces wysiłków rehabilitacyjnych reszty.

      Zarówno KA, jak Ve-Ve i Braty Hadiukiny dorobiły się sfory naśladowców. Żaden jednak nie nawiązał do klasy mistrzów. Druga fala ukraińskiego rocka, gdzieś od 89r, to przede wszystkim gros kapel, które ze względów koniunkturalnych, poprzerabiały repertuar na Ukraiński, lub też przygotowały ociekającą łzami martyrologiczno-patriotyczną sieczkę pod muzykę odkrywczą, owszem, ale na początku lat 70. Ten ciągle żywotny nurt z czystym sumieniem można olać.

      Nie godzi się natomiast olewać powstałej wówczas kijowskiej kapeli BANITA BAJDA, założonej przez undergroundowego poetę i odlotowca zarazem - Baksa. Mimo, iż muzyka BB to tradycyjny rock, z silnym piętnem muzyki progresywnej, do którego odwołuje się większość grup nurtu martyrologicznego, to jest to rzecz o niebo lepsza i ciekawsza, z racji niebanalnego wzbogacenia wątkami jazzowymi, psychodelicznymi i folkowymi. Pierwszy i jedyny program BB budowany był logicznie i z pomyślunkiem, dzięki czemu różnorodność stylistyczna nie razi, a dodatkowym atutem są poetyckie, stroniące od taniej publicystyki, teksty Baksa. Żywot BB zawiesiła w 91r. wskutek nieporozumień muzyków i to w najciekawszym momencie ewoluowania ku bardziej zakręconym klimatom. Nieco wcześniej basista Banity, o wdzięcznym nazwisku Dobryj-Weczir, założył WIJ, wkrótce dołączył do niego Baks, i w efekcie powstała jedna z najbardziej oryginalnych grup Ukrainy. WIJ to nadal tradycyjny rock, ale unurzany w mroczną psychodelię, a przede wszystkim silnie zakorzeniony w starosłowiańskiej melodyce i ukraińskim folklorze. Żadnemu zespołowi nie udało się dotąd tak głęboko przeniknąć ku źródłom i tak twórczo je wykorzystać. Teksty Wija tkwią w świecie pogańskich wierzeń, rytuałów i obrzędów, a koncerty przeradzają się w pogańskie misteria z wyczuwalną (wg relacji świadków) obecnością świty wszelkiego autoramentu duchów, od których w ukraińskim folklorze aż się roi. Latem 1995r., w jednej z menelskich zadym w Kijowie, zginął perkusista Wija, i trudno wyrokować jak potoczą się losy kapeli. Tymczasem reaktywację zapowiada bliźniacza grupa Banita Bajda po nieudanych solowych próbach gitarzysty Tarasa Bojko.

      Z nieco innej beczki pochodzi ansambl ŻABA W DYŻYRABLI, teatr muzyków, jak się sam zowie, grający melanż wszelakich stylów - metalu, ska, folku, punka i popu, na koncercie okraszanych - niekiedy nadmiernie - rodzajowymi scenkami. Zespół to niezwykle witalny i dowcipny, a dzięki image'owi przygłupów i działaniom parateatralnym, bardzo widowiskowy. Żaba kontynuuje poniekąd trend wytyczony przez Ve-Ve, niemniej wystrzega się hard-rockowego brzmienia, ku któremu dryfowali od jakiegoś czasu ci drudzy.

      We Lwowie coraz lepiej sobie radzi pod wodzą wokalisty i gitarzysty Tarasa Czubaja, kapela Płacz Jeremiji. Kolejne etapy ewolucji, z najciekawszym - rozbudowanych, melodyjnych etiud - znamionuje ciągły, choć nierówny rozwój. Ostatnie donosy wskazują, że Płacz Jeremiji odnajduje się w funkowo-metalowym czadzie, niezwykle profesjonalnie i z wyobraźnią wykonywanym. I jeśli uda się kolesiom zerwać z dotychczasowym eklektyzmem, to szybko wytrzebią konkurencję u siebie, a nawet - no kurna, nie przesadzam - mogą namieszać i tutaj. Na razie, jeden z ich ewidentnie doskonałych kawałków, trwoży moich kumpli z racji skandowanych w nim sloganów typu "Sieg Heil! Ukraina Żyje!".

      Poza najbardziej kontrkulturotwórczymi ośrodkami - Lwowem i Kijowem - słodką tajemnicę stanowi prowincja. Pozbawiona promocji, dostępu do mediów, skazana na okazjonalne przeglądy jest całkowicie zamkniętym obiegiem. Np. pewien zespolik z niewielkiego miasta nad Dnieprem, SIRI SZYJKY, onegdaj w trakcie jednego z festiwali, powalił publikę takimi pokładami energii, żywiołu, naturalności, że całe, bądź co bądź nie nadęte towarzycho kijowsko-lwowskie, zdało się stadem sztywnych, zblazowanych gwiazdorków. Przy tym kapela zaproponowała całkiem przyzwoitą, transową muzykę, gdzieś ocierającą się o The Fall, ale z oszczędniejszą aranżacją i znacznie bardziej zakręconą. Z Karpat zaś dotarła, poparta kasetą, wieść o zespole MYNULA JUŃ - bardzo logicznym HC/Punk, wyrastającym z twórczego zaczynu huculskich rytmów i melodii. Mynuła Juń, wykorzystująca najbardziej czadowy odłam folkloru ukraińskiego jest perełką na tle kapel rżnących bezwiednie z Zachodu. Co do innych nadzwyczajności z prowincji - obraz mam niepełny.

      Jeśli chodzi o podział geograficzno-mentalny, to należy zeznać, iż muzyka tworzona na zachodzie Ukrainy jest bardziej zbliżona do muzyki granej w Europie. Natomiast na wschodzie, z głównym ośrodkiem w Kijowie, na rzeczywistym styku kultur Europy i Azji, kapele częściej zwracają się ku nowym klimatom, poszukując, syntetyzując, tworzą zupełnie nowe rejony. Przeto słów teraz kilka o okolicach rocka - muzyce niebanalnej, nietuzinkowej, niewtórnej.

     Najciekawszą bezapelacyjnie jest tu formacja Cukor Bila Smert'. Powstała w 1989 roku jako kwartet, obecnie kontynuuje pracę w duecie. Pierwszy program (na gitarę, syntezator, wiolonczelę i fortepian) stanowił wypadkową poszukiwań i dość szerokich zainteresowań członków zespołu. Bazując na muzyce poważnej odwoływał się do minimalu i awangardy rocka. Po pierwszym, doskonałym programie "Manieryczna Muzyka" odeszli pianista i wiolonczelistka, a zespół nadrabia luki brzmieniowe technicznymi nowinkami, dbając jednak o akustyczną równowagę. Ich muzyka, najzwięźlej ujmując, to patologiczna projekcja niepokojów psychicznych przekładana na język instrumentów. Obecnie ewoluuje w kierunku bardziej okiełznanych nastrojów, a nerwowość wypiera wyciszenie i klimaty niekiedy nastrojowe. Utwory CBS to krótkie, z pietyzmem zaaranżowane piosenki do poetyckich tekstów wokalistki Switłany Ochrimenko.

      Odejście pianisty zaowocowało pojawieniem się na scenie zespołu Pan Kifared, którego inicjatorem był Aleksander Kochanowski z CBS. Pierwsze wcielenie PK to fuzja dołujących klimatów rodem z wczesnego SWANS, adaptowanych do klasycznego instrumentarium: fortepianu i gitary oraz wokalu o chóralnej proweniencji. O ile Swans rzeźbiło w kamieniu, to PK budował z tego kamienia monumentalną świątynię, której przestrzeń zdominował potężny, cerkiewny głos. Stan ducha był jednak bardzo zbliżony. Po wyemigrowaniu wokalisty do USA zespół ostał się w duecie i nagrał nowy, spokojniejszy i wyciszony, z narzucającymi się odniesieniami do muzyki Gurdżijewa, całkowicie instrumentalny program. Klasa tego zespołu i dojrzałość jego muzyki, która bardziej nadawała się do sal filharmonicznych niż do undergroundowych koncertów, na których była prezentowana, zważywszy ponadto na ówczesny wiek jej autorów (pianista - 22, gitarzysta - 19), pozwala sklasyfikować ją jako fenomen niebywały. Kochanowski to postać wyjątkowa. Student konserwatorium w klasie fortepianu, kompozytor z laurami znaczących konkursów, jak na dość konserwatywną edukację wykazuje się szczególnymi zainteresowaniami: od tuzów muzyki współczesnej: Messiaena, Cage'a, Reicha, po tuzów poboczy rocka - wspomnianych Swans, także Einstürzende Neubauten czy Dead Can Dance. Stonowany i skupiony w sobie koleżka Kochanowski pozwala sobie niekiedy na ekstrawagancje. Wsławił się mianowicie dowcipem szczególnym, przypisując Steve'owi Reiche'owi jedną z własnych kompozycji wykonywanych podczas szkolnego egzaminu, czym wywołał aplauz szacownej komisji. Ostatni koncert PK zagrał w Warszawie w 1992 roku i było to podsumowanie jego działalności. Gitarzysta mieszka od pewnego czasu w Pradze, słucha sobie koncertów i ponoć próbuje akompaniować folkowej śpiewaczce Lence Dušenkovej, zaś Kochanowski kombinuje coś z elektroniką w duecie, tudzież zasila talentem wspomnianą "Kazma-Kazma".

     Z tego samego kręgu, choć z inną muzyką, wywodzi się Sheik Hi-Fi, założony przez małżonka wiolonczelistki CBS, wraz z nią obecnie na basie - w swoim trzecim wcieleniu jest kopią Sonic Youth. Prawdziwą perłą jest jednak pierwszy program Sheika, nagrany z udziałem Żeni Tarana - połowy duetu CBS. W rejonach stworzonych przez Throbbing Gristle, DOME czy This Heat, Szejk stworzył barwny kolaż z ciekawymi rozwiązaniami brzmieniowymi, niepokojący, industrialny ale nie pozbawiony swoistej melodyjności - słowem jest to kawał doskonałej, rzetelnej roboty. Drugi program - zestaw angielskich piosenek pod syntetyczny akompaniament klawiszów i automatu perkusyjnego, przyzwoity, choć nie rewelacyjny, i tak jest lepszy od tego co Szejk oferuje obecnie. A obecnie nie oferuje nic, bo przeżywa kryzys i jest nadzieja, iż powróci do klimatów i składu z pamiętnego pierwszego programu. Wspomniany Żenia Taran często wchodzi w konstelacje z innymi muzykami z dość różnych stylistycznie nurtów. Jemu to przypisuje się m.in. pierwsze, średnie zresztą, próby muzyki acidowej w efemerycznej formacji SAM SHIT NE CUKOR (fuzja CBS i grupy Ivan Sam Shit), której nazwa jest jak najbardziej adekwatna do wykonywanej muzyki. Obecnie grupy Żeni są już więcej niż średnie, a wspomaga go m.in. perkusista kapeli Ivanow Down, który odkrywszy w sobie tatarską krew, próbuje przetaczać ją do wspólnych kompozycji, co owocuje przyjemnymi, południowymi klimatami w tychże próbkach.

     Ivanow Down natomiast, to grupa, która dość silnym piętnem odbiła się w krajobrazie kijowskim, a to za sprawą niepokaźnego (półtora metra w kapeluszu) gitarzysty, w którego na scenie wstępuje demon, i wtedy wraz z zespołem przepoczwarza się w żywy walec czyniący z publiki żywą miazgę. ID to kapela stricte koncertowa - żadne z dokonanych nagrań nie oddaje krztyny klimatu budowanego na koncercie. W czasie "Ukraińskich Nocy 91" kolesie dosłownie zrównali z ziemią naród w gdańskim klubie C- 14 (najstarsi Kaszubi czegoś podobnego nie widzieli). ID to ciężka muzyka, gitarowa z pokaźnym udziałem przetwarzaczy. Gęsta, udupiająca, podkręcana rzęchliwymi wokalizami gitarzysty. Jedyna próba tekstu skończyla się klęską - tekst był głupi, a w związku z tym kawałek też był głupi. Z przyjemnością więc zaliczam ID do kapel instrumentalnych. Po okazjonalnym sprzedaniu się gitarzysty do zespołu Ve-Ve - odsądzanego przezeń wcześniej od czci i wiary za komercyjność i gównianą muzykę - Ivanow Down od niedawna znowu gra.

     Jeśli chodzi o najnowszą generację, to słów kilka należy się kapelce Yarn. Zauroczeni Dead Can Dance, stopniowo wychodzą z cienia idoli. Dzięki oryginalnemu instrumentarium (ludowe cymbały, bas, akordeon) udaje im się przełamywać syndrom brzmienia DCD. Zdecydowanie najdalej odbiega od kanonu jedyny w ich repertuarze kawałek ukraiński - mógłby być materiałem laboratoryjnym dla potwierdzenia tezy o melodyce języków, zwłaszcza iż z innymi tekstami (rosyjskimi i angielskim) wokalistka rozpaczliwie się zmaga, nijak nie mogąc wplasować się z nimi logicznie w muzyczne tło. Ale to młoda ekipa, więc przyszłość przed nimi. Opisane wyżej kręgi to najsilniej poszukujące w Kijowie grono.

     Z lwowskich eksperymentatorów postacią szczególną jest Igor Cymbrowski - artysta, pianista, wokalista i autor tekstów w jednej osobie. Jego muzyka to unikat na mapie Ukrainy. Długie, rozbudowane utwory na fortepian z dozą oszczędnej improwizacji z odniesieniami do muzyki klasycznej i medytacyjnej oraz ballady. Teksty to własna i innych autorów ukraińskich poezja metafizyczna - interpretowana przedziwnym wokalem, którego fachowo określić nie jestem w stanie. Wszystko to wprawia w zakłopotanie tabuny krytyków nie wiedzących, z której strony ów produkt ugryźć. Najbliższym określeniem, z którym artysta od biedy gotów jest się zgodzić, jest termin "romans awangardowy" - plon wytężonego wysiłku intelektualnego jednego z lwowskich żurnalistów. Cymbrowski padł ofiarą własnej wrażliwości. Na Ukrainie nie ma ani pół imprezy gdzie tego typu twórczość mogłaby trafić do odpowiedniego odbiorcy. Stąd, po kilku próbach na festiwalach rockowych, czy przeglądach poezji śpiewanej, ogranicza się do udokumentowywania twórczości na podręcznym Grundigu i składowania jej w szufladach w oczekiwaniu lepszych czasów. Naturalnym dopełnieniem jego twórczości są obrazy - dziwne, tonące w jaskrawych kolorach senne wizje i marzenia. O połączeniu wszystkich nurtów twórczości i wspólnym ich zaprezentowaniu artysta może sobie tylko pomarzyć.

     Z lwowskich poszukiwaczy napomknąć trzeba też o zespole 999. "Dziewiątki" grają w tradycji awangardowego rocka z rozbudowanym instrumentarium (skrzypce, ksylofon, flet) z perfekcyjnymi aranżacjami i niezwykłą starannością oraz silnie przymrużonym okiem. Występy okraszają symbolicznymi działaniami parateatralnymi, a wokal sprowadza się zazwyczaj do la-la-la; chyba, że jest to przesłanie: Jestem twoją fabryką (głos męski) - a ja twym warsztatem (głos żeński).

     Aby obraz ukraińskiej muzyki był pełen, godzi się odnotować jeszcze jeden wyjątkowy team z Kijowa pod nazwą Biocord. Zespół to instrumentalny, pełnymi garściami czerpiący z różnych dziedzin muzycznych, najwięcej zaś z rocka, jazzu, minimalu, a prym w nim wiedzie jeden z weteranów środowiska jazzowego - Kola Bykow. Przyznaje on się bez bicia do inspiracji twórczością Roberta Frippa i Freda Fritha (do których zresztą przyznaje się cały muzyczny Kijów). Inspiracja to rzecz chlubna, zwłaszcza gdy dołoży się doń własną wyobraźnię i umiejętności, a wtedy trudno doszukać się wtórności i naśladownictwa. Tak jest w przypadku Biocordu, który ma ponadto najbardziej profesjonalne podejście do własnej muzyki, a to się na Ukrainie ceni. W związku z tym ich miejsce na piedestale, zarówno w środowiskach rockowych, jazzowych, jak i całego światka undergroundu - jest niekwestionowane. Biocord kończy wyliczankę zespołów poszukujących, a zarazem cały raport dotyczący sceny ukraińskiej.

     Aby obrazek był całkowicie pełny, nie można odpuścić sobie małego, acz wielce znaczącego przyczynku. Przez całe swoje istnienie (li ojczyzny swojej nieistnienie) diaspora ukraińska nie powiła jednostki twórczej, która poniosłaby w ciemne masy społeczeństw zachodnich kaganka oświaty, sławiąc imię kultury ukraińskiej.
Dlatego pojawienie się w 1989 roku płyty The Wedding Present "Ukrainski Vistupy u Ivana Pila"
było zarówno dla emigracji, jak i na Ukrainie, szokiem. Głównie z powodu znajdujących się na płycie piosenek rosyjskich, co z racji obecnych tamże toastów za wolną Ukrainę, rodziło domniemanie, iż kolesie nie bardzo kojarzą, w którym kościele (cerkwi?) dzwonią. Sprawcą incydentu był Peter Solovka, który przypomniał sobie o swoim pół ukraińskim pochodzeniu, namówił resztę kolesi z WP do nagrania, angażując ponadto Irlandczyka Lena Ligginsa i Ukraińca urodzonego w Anglii Romana Remeynesa. Płyta ukazała się w dobrym momencie (szczytowanie gorbiemanii) więc spotkała się z dobrym przyjęciem. Dla Ukraińców miało to ogromne znaczenie psychologiczne, choć raczej dominowało zażenowanie z powodu zestawu piosenek (rosyjskie i jedna żydowska) i języka, w wielu momentach montowanego na kanwie ukraińskiego. Solovce nie udało się namówić WP na kontynuację wątku, więc razem ze wspomnianą dwójką nagarał album "Ukrainians". Etniczna zawartość była tym razem czysta, zaś artystyczna - nierówna. Obok świetnych adaptacji kawałków ludowych, są nieudolne chwilami próby wykorzystania źródeł w kompozycjach własnych. Album nie przebił popularnością WP - choć z perspektywy czasu oba wydają się raczej ciekawostką niźli dziełkiem (w wypadku WP nie dotyczy to genialnej adaptacji ludowych kołomyjek "Verkhowyno"). Po cienkich latach Ukrainians zaskoczyli publikę EP "Pisni Iz The Smith" z ukraińskimi wersjami piosenek Morrisey'a, gdzie w oryginalną kanwę kompozycji powplatali motywy kilku ukraińskich standardów ludowych. Epka poprzedziła album "Vorony", okrzyknięty przez "Vox" płytą marca. Obie są świetne. Prócz jednej kompozycji Morrisey'a, ładnej przeróbki Lou Reeda oraz jednej piosenki ludowej, resztę albumu stanowią kompozycje własne inspirowane ukraińskim folklorem, do własnych, ukraińskich tekstów Lena Ligginsa, które on sam śpiewa. "Ukraińcy" do czasu koncertów we wrześniu 1993 roku nie byli zbyt znani na Ukrainie. Ogólnie jednak środowiska muzyczne niezbyt ich cenią, twierdząc, że tak potrafi zagrać byle klezmer. Mało kto docenia fakt, że "Ukraińcy", jak nigdy dotąd, doprowadzili do zbliżenia ukraińskiego folkloru z r'n'rollem; na miarę tego, co z inną kulturą uczynili najlepiej na świecie The Poques, a już idea wplasowania się w zachodnie rynki z repertuarem nieangielskim czyni z "Ukrainians" niemalże rewolucjonistów.

     Czas na podsumowanko. Dorobek fonograficzny sceny ukraińskiej to jeden kompilacyjny CD wydany w Niemczech przez "What's So Funny About" latem 1993 roku , a na Ukrainie - jedna płyta winylowa i kilka kasetek pewnej bandyckiej firmy. Dlatego operowałem pojęciem "program", co błyskotliwy czytelnik zrazu skojarzył z płytą w warunkach normalnych. Podstawowym sposobem rozpowszechnia twórczości jest przegrywanie materiału od samych muzyków. Kapele zgodnie klepią biedę, koncertując kiedy nadarza się okazja i nagrywają głównie w piwnicach - mało kogo stać na studio. Normalną tendencją jest, że się rozchodzą, by po pewnym czasie zejść się ponownie. Dlatego raporcik nie jest li tylko rysikiem historycznym. Z trendów najnowszych - niegodnych najmniejszej wzmianki - jawi się wzrost pogłowia kapel anglojęzycznych, spragnionych hojnych sponsorów - goodluck !!! Z trendów nie najnowszych, nie wspomniałem o prężnym metalu - niech sobie wspominają o nim metalowcy! Z rzeczy istotnych nadmienię, iż pozbawiona ramoli i dinozaurów scena ukraińska rokuje jak najbardziej tendencje rozwojowe, choć najmłodsze pokolenie zostało już zainfekowane zarazą MTV. Kończąc, proszę o wybaczenie za rozmiar tekstu, ale jakoś tak się składa, że po pisaku mam wyjątkowe gadane.

WOLODYMYR N.
KOKA




~~~~~~~~~~Koka Records~~~~~~~~~~koka1@box43.gnet.pl~~~~~~~~~~

. . . .


4.03.99:::::Terra Soundtralis Incognita::::::terra@terra.pl::::::odsłuch::::